Wrogowie


W ciągu pół wieku, które minęły od zamachu na prezydenta, zgromadzono mnóstwo nowych, niezwykłych cegiełek jego życiorysu. Korzystano z ujawnianych akt rozmaitych instytucji rządowych, materiałów dochodzeń przeprowadzonych przez kilka komisji kongresowych, taśm z nagraniami rozmów z Białego Domu, o których istnieniu nie wiedzieli nawet najbliżsi współpracownicy prezydenta, zeznań i wspomnień dziesiątek osób związanych z Kennedym. Część tych materiałów to efekt zwykłego dziennikarskiego wyścigu po sensację; pamiętając o tym, mimo wszystko inaczej patrzymy dzisiaj na tę prezydenturę, niż w pierwszej połowie lat sześćdziesiątych.

Na jesieni 1963 roku państwo Kennedy obchodzili dziesięciolecie ślubu.

Małżeństwo ich przetrwało rozmaite burze i niepogody; znów wyglądali uroczo. Jackie, mając 34 lata, była bohaterką czołówek największych gazet i tygodników. Pierwsza dama Ameryki snuła plany dalszego mecenatu nad sztuką i historią w Białym Domu. Jacka, który ukończył 46 lat, jak nigdy rozpierała energia. Finanse wyglądały wspaniale. Magazyn „Time” szacował jego osobisty majątek na 10 milionów dolarów, co czyniło go najbogatszym prezydentem w historii Stanów Zjednoczonych. W następnym roku mógł spodziewać się ponownego wyboru. Mógł liczyć na realizację w kolejnej kadencji projektów socjalnych bliskich jego sercu. Okrzyknięty zwycięzcą w kryzysach międzynarodowych, którym stawiał czoło, układał już dalekosiężne plany rozwiązania problemów stojących przed amerykańską polityką zagraniczną. Był pod wrażeniem powodzenia układu o częściowym zakazie prób z bronią jądrową w Senacie.

Społeczeństwo otrzymało pełną rozmachu wizję „nowych rubieży” – na Ziemi i w kosmosie: do roku 1970 pierwszy Amerykanin miał postawić nogę na Księżycu, biorąc odwet za lot Jurija Gagarina. Spodziewał się, że nikt rozsądny nie zarzuci mu słabości. W 1962 roku zażądał wydatkowania pieniędzy na 600 rakiet międzykontynentalnych i otrzymał je. W następnym roku podniósł stawkę do 1000 rakiet i zażądał uchwalenia najwyższego w historii budżetu wojskowego – 50 miliardów dolarów. Powiedział: „Dopiero wówczas, gdy nasza broń będzie ponad wszelką wątpliwość wystarczająca, możemy być ponad wszelką wątpliwość pewni, że nigdy nie zostanie użyta.”

Jednakże

pod powierzchnią potęgi i blasku zaogniały się nienawiści, walki i intrygi.

Poza tymi, którzy adorowali splendor, bogactwo i władzę Kennedych, byli też tacy, którzy czuli się rozczarowani przywództwem tego prezydenta. I tacy, którzy chcieli, i mogli go zniszczyć.

Lista wrogów, których John Fitzgerald Kennedy – przy swej błyskawicznej karierze, temperamencie, pochodzeniu rodzinnym i poglądach politycznych – nie mógł nie mieć, rozszerzyła się istotnie już podczas pierwszych „stu dni” jego urzędowania. Sprawiło to fiasko w Zatoce Świń.

Schemat tej „operacji” przeciw rewolucji na Kubie składał się z dwóch części. Zasadniczą z nich, analizowaną z natury rzeczy w stosunkowo szerokich kręgach władzy, stanowił trzyetapowy plan wywołania powstania na wyspie. Składały się nań: desant emigrantów kubańskich, akcja propagandowa podburzająca obywateli przeciw socjalistycznemu państwu oraz wybuch ogólnonarodowego powstania antycastrowskiego. Plan ten zakładał – jak się potem okazało, fałszywie – że, po pierwsze, akcja kontrrewolucyjna spotka się z szeroką akceptacją społeczeństwa Kuby, a siły lojalne wobec Fidela Castro okażą się nieliczne i słabe. Po drugie, że siły zbrojne Stanów Zjednoczonych pomogą brygadzie desantowej przeprowadzić rozpoznanie, zapewnią łączność, udzielą wsparcia morskiego i powietrznego, a w razie potrzeby pośpieszą z bezpośrednią pomocą wojskową.

Plan, o którym John Kennedy został poinformowany przez Allena Dullesa 27 listopada 1960 roku – to jest po wyborach prezydenckich i ogłoszeniu decyzji o pozostawieniu Dullesa na stanowisku dyrektora Centralnej Agencji Wywiadowczej, a przed inauguracją prezydentury – uzupełniony był o ściśle tajny projekt „dodatkowy”, który, nigdy niedokumentowany pisemnie i ukryty pod kodowymi nazwami i pseudonimami, zakładał skrytobójcze „wyeliminowanie” Fidela Castro, zanim jeszcze kubańscy emigranci wylądują na wyspie. Oficjalne biografie amerykańskie, jak Dictionary of American Biography, podają, że nie istnieją niezbite dowody, żadne materialne ślady, iżby którykolwiek z trzech prezydentów rządzących w okresie istnienia tego planu: Eisenhower, Kennedy, Johnson – „autoryzował lub aprobował” spisek zmierzający do zamordowania Castro. Jednakże wielu autorów, roztrząsając sprawę, dowodzi, że nie wydaje się to prawdopodobne.

Jak wyglądały szczegóły tego supertajnego planu?

Kierownictwo Centralnej Agencji Wywiadowczej doszło do wniosku, że najlepszym rozwiązaniem jest wynajęcie zawodowych zabójców

wywodzących się z kręgów, które zwycięstwo Fidela Castro usunęło z „baz” w hawajskich domach gry. W ten sposób posłużono by się ludźmi, posiadającymi osobiste motywy morderstwa i stworzono doskonałą zasłonę dla udziału CIA w operacji. Na pośrednika w nawiązaniu odpowiednich kontaktów wybrano Roberta A. Maheu, byłego agenta Federalnego Biura Śledczego, wówczas szefa firmy prywatnych detektywów w Waszyngtonie.

Maheu miał kontakt z gangsterem z Las Vegas, Johnnym Rosellim, który swą „karierę zawodową” zaczynał jeszcze u Al Capone w Chicago. Później kierował kasynem Sans Souci w Hawanie, należącym do świata przestępczego i został wybrany przez jednego z przywódców mafii, Sama Giancanę, do pomocy w opanowaniu przez mafiosów Las Vegas i południowej Kalifornii. Roselli, godząc się na współpracę z CIA, liczył na uzyskanie „immunitetu” chroniącego go przed władzami i policją. Korzystając teraz z kontaktów Giancany, Roselli porozumiał się z Santo Trafficante, niegdyś bossem świata przestępczego na Kubie, a obecnie na Florydzie, który z kolei zachował na wyspie kontakty niezbędne dla powodzenia całej akcji.

Pierwotne projekty wzorowane były jakby na filmach z Jamesem Bondem.

Zamierzano odurzyć Fidela Castro narkotykami lub pozbawić go brody,

co miało skompromitować go w oczach Kubańczyków. Później próbowano podrzucić mu zatrute cygara. Wciągnięcie do akcji gangsterów i zlecenie zawodowcom wykonania morderstwa („hitu”, jak to się określa w ich języku) stanowiło więc przejście na „profesjonalny” sposób działania. „Hit” miał być dobrze płatny – CIA zaoferowała Rosellemu 150 tys. dolarów.

W jakim zakresie John Kennedy był zorientowany w powyższych szczegółach w pierwszym okresie prezydentury? Liczne głosy twierdziły później, że wiedział o fakcie podjęcia działań przeciw Fidelowi Castro. Był to bowiem integralny składnik ogólnego planu obalenia socjalizmu na Kubie, związany z przeświadczeniem, że śmierć Castro spowoduje rozsypanie się stworzonego po zwycięstwie rewolucji aparatu władzy. Pogląd powyższy wyrazili zarówno indagowani po latach wysocy funkcjonariusze Agencji, jak i wielu członków komisji kongresowych, prowadzących śledztwo w tej sprawie, między innymi senatorzy Howard H. Baker i Barry Goldwater. Również zachowanie Kennedy’ego w przeddzień i w dniach inwazji w Zatoce Świń, której w myśl tych założeń towarzyszyć miało zabójstwo Castro, zdaje się świadczyć, że wyczekiwał na informację o zamachu, w obliczu jego niepowodzenia zaś zdał sobie sprawę z braku szans całej operacji i nie dopuścił do eskalacji konfliktu.

Fiasko spisku było zaś kompletne.

W końcu lutego lub na początku marca 1961 roku służby techniczne Centralnej Agencji Wywiadowczej wyprodukowały kapsułki z trucizną, które po wypróbowaniu na małpach zostały określone jako nadające się do wyznaczonego zadania. Miały one być podrzucone do pożywienia Fidela Castro przez kubańską „wtyczkę” Santo Trafficante i spowodować chorobę, a po kilku dniach śmierć Castro, przy czym trucizna miała nie pozostawić śladów możliwych do wykrycia w trakcie sekcji zwłok. Na początku marca Agencja przekazała kapsułki Rosellemu, który dwunastego tego miesiąca spotkał się z Giancaną, Maheu, Trafficante oraz niezidentyfikowanym Kubańczykiem. Ów Kubańczyk był początkiem łańcucha, za pomocą którego trucizna przeszła do rąk „wtyczki” w Hawanie. Kapsułki miały być podrzucone Fidelowi Castro w jednej z jego ulubionych restauracji, gdzie jadał obiad przynajmniej dwa razy w tygodniu.

Jednak na początku kwietnia, w momencie, gdy trucizna znajdowała się już w dyspozycji ostatniego ogniwa w konspiracyjnym łańcuchu, mniej więcej na tydzień przed planowaną inwazją w Zatoce Świń, Fidel Castro nagle przestał się pojawiać w restauracji, w której współpracownik Trafficante był zatrudniony.

Jak wynika z dalszego biegu wydarzeń, Kennedy nie był przekonany o słuszności całego przedsięwzięcia. Ulegając naciskom zgodził się na dokonanie inwazji, lecz jednocześnie postawił warunek uniknięcia bezpośredniego zaangażowania Stanów Zjednoczonych. 14 kwietnia 1961 roku pozwolił na rozpoczęcie działań. Wstępem miał być nalot bombowy na Kubę, który zniszczyłby lotnictwo Fidela Castro. Plany wymagały użycia minimum 16 samolotów. Kennedy zgodził się na 6; zakładano, że odegrają one rolę zbuntowanych samolotów kubańskich. Ich nalot nie spełnił swego zadania, natomiast wywołał gwałtowną reakcję ONZ i światowej opinii publicznej. Z wojskowego punktu widzenia, powodzenie akcji zależało teraz od drugiego uderzenia lotnictwa, które zapewniłoby „parasol powietrzny” dla sił inwazyjnych. Na to Kennedy już się nie zgodził. Nie zezwolił również na użycie jakichkolwiek oddziałów amerykańskich dla udzielenia pomocy gromionej brygadzie emigrantów kubańskich.

Posunięcia Kennedy’ego stały się szokiem dla kierownictwa CIA, które przygotowało i dowodziło całą akcją, dla amerykańskich dowódców wojskowych i kubańskich emigrantów. Brak wsparcia ze strony wojsk amerykańskich był w ich oczach jedyną przyczyną klęski przedsięwzięcia.

Szok przerodził się wkrótce w furię skierowaną przeciwko Kennedy’emu.

Siedziba CIA w Langley w pobliżu Waszyngtonu

Kennedy nie zamierzał pozostać dłużny. Zdając sobie sprawę z fatalnych konsekwencji awantury dla niego jako prezydenta, zaczął odgrażać się, że „rozwali CIA na kawałki”. Zwolnił ze stanowiska dyrektora Agencji – Allena W. Dullesa, faktycznego szefa tajnych operacji – Richarda M. Bissela oraz zastępcę Dullesa – generała Charlesa P. Cabella. Ten ostatni publicznie nazwał Kennedy’ego zdrajcą.

Nie był to koniec sprawy kubańskiej. Wkrótce po wygaśnięciu burzy związanej z awanturą w Zatoce Świń, prezydent i jego brat, prokurator generalny, zainicjowali nowy plan obalenia Castro i zniszczenia socjalizmu na Kubie. Przedsięwzięcie to otrzymało nazwę Operacja Mangusta (Operacja Mongoose). Miała się ona składać z aktów sabotażu, wojny propagandowej i prowokowania incydentów, które stworzyłyby napięcie między Kubańczykami a radzieckim personelem wojskowym na wyspie.

W Białym Domu powołano nieoficjalnie specjalny sztab pod kierownictwem Roberta Kennedy’ego oraz najsłynniejszego mistrza operacji specjalnych CIA, generała Edwarda G. Lansdale’a. Na terenach campusu uniwersyteckiego w Miami utworzono specjalne centrum koordynacyjne – drugą co do wielkości bazę Agencji po jej siedzibie w Langley w Wirginii. Przygotowano specjalne jednostki marynarki i lotnictwa, zatrudniono ponad dwa tysiące emigrantów kubańskich. Koszt całego przedsięwzięcia obliczano na sto milionów dolarów rocznie.

W kwietniu 1962 roku nowe kierownictwo Centralnej Agencji Wywiadowczej, krytykowane przez prezydenta za brak skuteczności w działaniach skierowanych przeciwko Kubie, postanowiło reaktywować sekretny plan zgładzenia Fidela Castro za pomocą trucizny.

Tym razem mieli też zostać zabici: Raul Castro i „Che” Guevara.

Znów Roselli wysłał trzyosobowy zespół zabójców, i znów zamiar się nie powiódł. W śledztwie prowadzonym w latach siedemdziesiątych przez Kongres Stanów Zjednoczonych, wysocy funkcjonariusze Agencji ponownie twierdzili, że zbrodnicze projekty były zatwierdzane przez „najwyższe władze”. Zapewne bracia Kennedy nigdy nie wydali bezpośredniego rozkazu zabójstwa Fidela Castro, ale też ich dyrektywy w sprawie Operacji Mangusta były wystarczająco szerokie, by dopuścić taką możliwość. W roku 1975 ujawniono dokumenty, z których wynika, że w maju 1961 roku J. Edgar Hoover i Robert Kennedy „otrzymali informację, że CIA jest zaangażowana w potajemne wysiłki wobec Castro, które włączają posłużenie się Samem Giancaną i innymi figurami świata podziemnego”. Tylko ten ostatni fakt wzbudził sprzeciw Roberta.

Na początku 1963 roku, po kryzysie kubańskim, Agencja rozważała projekty zgładzenia przywódcy Kuby własnymi siłami, ale wkrótce powróciła do „utartego” schematu. Tym razem postanowiono wykorzystać najcenniejszą „wtyczkę” Trafficante – majora armii kubańskiej Rolanda Cubelę, który znał Castro osobiście i widywał go regularnie. CIA nadała Cubeli kod AMLASH, zapewniła o całkowitym poparciu „góry” i obiecała przygotować specjalne urządzenie w kształcie pióra, które miało być użyte do wstrzyknięcia trucizny. Cubela miał je otrzymać w końcu listopada 1963 roku. Na wieść o śmierci Johna Kennedy’ego, centrala CIA nakazała zerwanie kontaktu z Cubelą.

Warto wspomnieć o jeszcze dwóch interesujących faktach. Otóż, po pierwsze, w tym samym czasie, kiedy Cubela spotkał się z agentem CIA w Sao Paulo w Brazylii i wyraził gotowość „wyeliminowania” Fidela Castro (wiadomość ta dotarła do Waszyngtonu 7 września 1963 roku), przywódca kubański brał udział w przyjęciu w ambasadzie brazylijskiej w Hawanie. W rozmowie z Danielem Harkerem z agencji „Associated Press” miał on ostrzec przed, jak to nazwał, „terrorystycznymi planami eliminacji kubańskich przywódców”, oznajmiając, że jest „przygotowany do odpowiedzi”.

„Przywódcy Stanów Zjednoczonych – miał powiedzieć Castro – powinni pomyśleć, że jeśli będą pomagać w terrorystycznych planach eliminacji przywódców kubańskich, to sami nie będą bezpieczni”.

Po drugie, w 1963 roku prezydent Kennedy zdawał się zmieniać stosunek do Kuby. Na jesieni tego roku William Attwood, specjalny doradca przedstawiciela Stanów Zjednoczonych przy ONZ, rozpoczął serię poufnych rozmów z ambasadorem kubańskim w Nowym Jorku w celu przedyskutowania możliwości rozpoczęcia negocjacji dla unormowania stosunków między Hawaną a Waszyngtonem.

Nie tylko CIA i jej (byłych) szefów zantagonizował sobie prezydent Kennedy. Nie tylko Kubańczycy zaangażowani po obu stronach konfliktu uznali go za wroga. Podobnie stało się w przypadku FBI. Dyrektorem Biura był J. Edgar Hoover. Piastował to stanowisko już trzydzieści pięć lat, o rok więcej niż liczył sobie brat prezydenta Robert, któremu John powierzył stanowisko prokuratora generalnego. Był to dla Hoovera dzwonek ostrzegawczy.

Do tej pory Hoover korzystał ze „specjalnych stosunków” z kolejnymi prezydentami.

Obecnie między nim a Kennedym-prezydentem pojawił się pośrednik, Kennedy-prokurator, gdyż Robert był zdecydowany objąć kontrolą swego Departamentu Sprawiedliwości działalność Biura, na co Hoover w minionych latach nigdy prokuratorom generalnym nie pozwalał. Rozpoczynając pełnienie obowiązków Robert wyznaczył sobie jako nadrzędny cel walkę z przestępczością w Ameryce; dyrektor FBI nie podzielał zdania prokuratora, iż światem podziemnym rządzi ogólnokrajowa organizacja. Potwierdzenie tezy o jej istnieniu stanowiłoby przyznanie się, że w ciągu 35 lat FBI nie spełniło swego zadania, dopuszczając do utworzenia „syndykatu zbrodni”.

Prezydent Kennedy, J. Edgar Hoover, Robert F. Kennedy

Z drugiej strony, dyrektor Federalnego Biura Śledczego starał się zgromadzić materiały, za pomocą których mógłby skompromitować Kennedych. Zbierał je 18 lat. W jego prywatnym archiwum znajdowało się 700 stron akt, w tym na przykład dokumenty dotyczące romansu Johna z Ingą Arvard, mężatką, byłą Miss Danii, którą FBI uważało za sympatyczkę nazizmu, swego czasu może nawet za hitlerowskiego szpiega. Jack, nieświadom założonego podsłuchu, dzielił z nią apartamenty w Waszyngtonie w 1943 roku.

Hoover posiadał też notatki, dotyczące wyjazdu Bobby’ego do Nowego Jorku w 1960 roku i wypłacenia przez niego 500 tys. dolarów dla uniknięcia procesu sądowego Johna i zachowania sprawy w tajemnicy. Pieniądze te miała otrzymać kobieta wnosząca skargę przeciwko Jackowi o niedotrzymanie obietnicy małżeństwa. Według jej słów była zaręczona z Johnem w 1951 roku, ale ojciec Kennedy’ego sprzeciwił się ślubowi z powodu jej polsko–żydowskiego pochodzenia. Kobieta ta, malarka z zawodu, mieszkała w Bostonie z matką. Jej oryginalne nazwisko brzmiało: Barbara Maria Kopczyńska, używała jednak również imienia Alicii Darr. W 1957 roku poślubiła Edmunda Purdona, aktora angielskiego. Cztery lata później rozwiodła się z nim w Meksyku, a 16 września 1961 roku została szóstą żoną Alfreda Loringa Clarka, który zmarł trzynaście dni po ślubie, pozostawiając jej olbrzymią fortunę.

Wraz z upływem czasu między Hooverem a Robertem Kennedym (i w konsekwencji – Johnem) wyrastały następne sprzeczności.

W 1962 roku bieg wydarzeń na tle konfliktów rasowych i walki czarnych obywateli Stanów Zjednoczonych o równouprawnienie sprawił, że prokurator generalny za nowy priorytet swego działania uznał sprawę praw obywatelskich dla ludności murzyńskiej. Ponownie, jak w przypadku wojny wydanej zorganizowanej przestępczości, Robert spotkał się z negatywną postawą Hoovera, który osobiście nie akceptował żadnej zmiany w położeniu Murzynów. Co więcej, jego niechętna tolerancja Czarnych przemieniała się stopniowo w zdecydowaną nienawiść. Jej celem stała się przede wszystkim osoba Martina Luthera Kinga – czołowego przywódcy murzyńskiego, z którym obaj bracia Kennedy współpracowali.

Wrogość Hoovera wobec Kennedych powiększała również uzasadniona obawa, że po powtórnej elekcji Johna, zostanie mniej lub bardziej gwałtownie zwolniony ze swego stanowiska – głosy o takim postanowieniu braci doszły już do niego. Jednak do dyrektora FBI docierały od pewnego czasu również inne głosy. Były to nielegalne nagrania pochodzące z podsłuchu wielu prominentnych figur świata przestępczego. Łączył je wspólny mianownik: groźby rzucane pod adresem Johna i Roberta Kennedych. Wszystkie nagrania kończyły swą drogę służbową w prywatnym archiwum Hoovera, zajmującym cztery pokoje w siedzibie Biura. O żadnej z gróźb dyrektor FBI nie poinformował swoich przełożonych: ani prezydenta Stanów Zjednoczonych, ani prokuratora generalnego, mimo że były to groźby śmiertelnie poważne.

Prokurator generalny Stanów Zjednoczonych, brat prezydenta, Robert Kennedy, obejmując stanowisko, wypowiedział formalną wojnę światu przestępczemu.

Miały się na nią złożyć cztery potężne kampanie: mobilizacja społeczeństwa i Kongresu za pomocą wystąpień, książek, artykułów, filmów, uświadamiających niebezpieczeństwo, jakie zorganizowana przestępczość stwarza dla kraju; nadanie odpowiedniego statusu, uprawnień i budżetu utworzonej w Departamencie Sprawiedliwości Sekcji Zbrodni Zorganizowanej; doprowadzenie do współdziałania i wymiany informacji między wszystkimi agencjami rządowymi zaangażowanymi w walkę z przestępczością; ściganie, wykrycie i osądzenie przywódców „syndykatu zbrodni”.

Robert Kennedy był też inicjatorem powrotu do stosowanej już za czasów Al Capone’a strategii walki z bossami świata przestępczego, polegającej na tym, że nie czeka się na odkrycie zbrodni, by schwytać jej sprawców, lecz bierze „pod lupę” podejrzanych, z nadzieją, że da się im dowieść działalności niezgodnej z prawem.

Wysiłki prokuratora generalnego szybko przyniosły wyniki. O ile w 1960 roku przygotowano tylko 19 aktów oskarżenia, o tyle do końca 1961 roku udało się zebrać materiały pozwalające oskarżyć 121 przedstawicieli świata przestępczego. W 1963 roku liczba ta wzrosła do 615, liczba zaś wyroków skazujących wyniosła 288. Pomiędzy mafiosami, którzy znaleźli się w areszcie, byli tak potężni bossowie jak Anthony Accardo z Chicago i Carmine Lombardozzi z Nowego Jorku – za oszustwa podatkowe, Anthony „Tony Pro” Provenzano z New Jersey – za wymuszenie, Carlos Marcello z Nowego Orleanu – za spiskowanie w celu defraudacji.

Przypadek Carlosa Marcello szczególnie zainteresował Roberta.

Marcello urodził się w Tunezji, w rodzinie sycylijskiego pochodzenia, która niedługo potem wyemigrowała za Ocean. Carlos nigdy nie miał obywatelstwa Stanów Zjednoczonych i korzystał ze zdobytego za 100 tys. dolarów paszportu gwatemalskiego. Od najmłodszych lat był aktywny w świecie przestępczym Nowego Orleanu, zwłaszcza w sferach hazardu, prostytucji i wśród specjalistów od włamań. Do 1961 roku stał się jednym z najbogatszych ludzi Luizjany. Mieszkał w posiadłości Churchill Farms o powierzchni 6.500 akrów i wartości 22 milionów dolarów. Cały jego osobisty majątek szacowano na 40 milionów. Co więcej, organizacja, na której czele stanął Marcello, najstarsza i najgłębiej ukryta „rodzina” mafijna w Stanach Zjednoczonych, stała się bezsprzecznie największym „przedsiębiorstwem” Luizjany. Nazywana „Wall Street Cosa Nostry”” legitymowała się rocznym dochodem wiarygodnie ocenianym na miliard dolarów.

W Luizjanie i w sąsiednim Teksasie Carlos Marcello był jednym z najpotężniejszych ludzi. Miał za sobą skorumpowanych policjantów, szeryfów, sędziów, prokuratorów, burmistrzów, gubernatorów, posłów do stanowych parlamentów i przynajmniej jednego z kongresmanów w Waszyngtonie. Trudno było znaleźć sferę życia publicznego, włączając w to Kościół katolicki, której by nie penetrowała jego organizacja. Zdaniem jednego z prawników z Nowego Orleanu, Marcello dofinansowywał kampanie polityczne w Luizjanie, często poprzez prywatne katolickie organizacje charytatywne i „prawdopodobnie nawet pomógł pośrednio prezydenckiej kampanii Johna F. Kennedy’ego w 1960 roku w nadziei zdobycia nietykalności”.

Tymczasem Robert Kennedy postanowił deportować Carlosa Marcello do Gwatemali, kraju widniejącego w jego paszporcie. 4 kwietnia 1961 roku Marcello wszedł do lokalnego biura urzędu imigracyjnego, gdzie obowiązany był zgłaszać się co kwartał. Ku swemu ogromnemu zaskoczeniu został aresztowany, zakuty w kajdanki, przewieziony na lotnisko, przetransportowany do Guatemala City i pozostawiony swemu losowi, bez bagażu i bez pieniędzy. Możemy sobie wyobrazić, co myślał. Po kilku miesiącach udało mu się powrócić do Stanów Zjednoczonych, gdzie został postawiony w stan oskarżenia za nielegalne przekroczenie granicy, oszustwo podatkowe na sumę 835 396 dolarów i posługiwanie się fałszywym świadectwem urodzenia.

Marcello nie zamierzał biernie przyjąć ataku prokuratora generalnego. Jak oświadczył jeden z jego rozmówców,

Marcello zdecydowany był „sprzątnąć”… ale nie Bobby’ego, lecz jego brata.

Dla wyjaśnienia tego posunięcia, Marcello użył sycylijskiej przenośni, w myśl której dla ochrony przed psem należy mu obciąć nie ogon, lecz głowę. Jeśli obetnie się tylko ogon, pies będzie nadal groźny – wściekał się Marcello. – Jeśli obetnie się głowę, pies zostanie unieszkodliwiony na zawsze.

Opowieść ta pokazuje sposób, w jaki bossowie zorganizowanej przestępczości zareagowali na wojnę wypowiedzianą im przez Roberta Kennedy’ego. Przesłanki tego rozumowania były poniekąd słuszne. John Kennedy uważał mafijne organizacje za rzeczywistego wroga społecznego, a walkę z nim – za dziedzinę odpowiadającą jego charakterowi oraz za jedną z najpewniejszych dróg zdobycia publicznego poklasku.

Paradoksem było, że w tym samym czasie bracia Kennedy wikłali się w stosunki ze światem przestępczym w coraz bardziej beznadziejny sposób. Wspomniany już Sam Giancana zwrócił się do Roberta Maheu, pośredniczącego między mafiosami a Centralną Agencją Wywiadowczą, o założenie podsłuchu w mieszkaniu aktora Dana Rowana. Giancana podejrzewał go o uwodzenie swojej kochanki, pieśniarki Phyllis McGuire. Maheu z pomocą CIA spełnił prośbę, ale podsłuchiwany zauważył instalację i zawiadomił policję. Sprawa doszła do Departamentu Sprawiedliwości, który wszczął postępowanie przeciw Maheu.

Na początku maja 1962 roku Agencja zwróciła się do Ministerstwa Sprawiedliwości, by nie wnosiło skargi przeciw Maheu, pragnąc ochronić osobę Giancany ze względu na jego rolę w spisku przeciw Fidelowi Castro. 7 maja jeden z przedstawicieli Agencji wyjawił Robertowi Kennedy’emu całą prawdę o Giancanie i CIA. Według tegoż przedstawiciela prokurator generalny był wściekły, aliści powodem zdenerwowania był nie spisek jako taki, Kennedy bowiem był o nim już wcześniej, przynajmniej w ogólnych zarysach, poinformowany. Przyczynę oburzenia Roberta stanowił fakt wynajęcia przez instytucję rządową człowieka ze świata zorganizowanej przestępczości, człowieka, który figurował na czele listy sporządzonej przez Roberta dla swych sił śledczych. Ostatecznie sprawę przeciw Maheu umorzono, ale poszukiwanie dowodów przestępczej działalności Giancany przez Sekcję Zbrodni Zorganizowanej trwało nadal.

Tymczasem Giancana, będąc w posiadaniu informacji, których ujawnienie skompromitowałoby doszczętnie administrację Kennedych, spodziewał się, że będzie zostawiony w spokoju. Działo się odwrotnie. Agenci FBI stali się do tego stopnia „nachalni”, że mafioso zdecydował się na krok niespotykany w dziejach gangsteryzmu: zaskarżył FBI do sądu o naruszenie jego konstytucjonalnych swobód. I proces ten wygrał! Robert Kennedy dosłownie w ostatniej chwili powstrzymał prawników występujących w imieniu rządu Stanów Zjednoczonych. Szykowali się oni do przypuszczenia na Giancanę krzyżowego ognia pytań po tym, jak znany gangster przysiągł publicznie, że nigdy nie naruszył żadnego prawa: lokalnego, stanowego ani federalnego.

Tak prokurator generalny stał się de facto zakładnikiem mafii.

Bossowie mafii w Ameryce 1963

Robert Kennedy kontynuował później śledztwo przeciw Samowi Giancanie aż do popołudnia 22 listopada 1963 roku. W tym terminie planowano spotkanie Sekcji Zbrodni Zorganizowanej na temat Giancany, ale wydarzenia w Dallas zmieniły zamierzenia. Do spotkania nigdy nie doszło, śledztwo przeciw mafijnemu bossowi zostało czasowo wstrzymane.

Jednakże wojna Roberta Kennedy’ego nie była skierowana tylko przeciwko mafiosom; uderzyła również w przywódców związkowych podejrzanych o działalność kryminalną. Dotyczyło to zwłaszcza potężnego szefa związku transportowców – „International Brotherhood of Teamsters”, Jamesa Riddle’a Hoffy. Związek ten w początkach lat sześćdziesiątych uchodził za największy, najbogatszy i najbardziej wpływowy związek zawodowy na świecie; dysponował funduszami w wysokości 200 milionów dolarów.

Kennedy zarzucał Hoffie korupcję, oszustwa, pospolite przestępstwa kryminalne oraz powiązania z „syndykatem zbrodni”.

To ostatnie przerażało Roberta, który zdawał sobie sprawę, że strajk transportowców – podjęty za namową mafii – może skutecznie sparaliżować cały kraj.

Wysiłki prokuratora generalnego, który posunął się do powołania w swym departamencie specjalnej grupy dochodzeniowej przeciw Hoffie, zostały uwieńczone powodzeniem. W maju 1962 roku Hoffę oskarżono o nielegalne zarobki w wysokości miliona dolarów, a w czerwcu o oszustwo finansowe na sumę 20 milionów, z których jeden Hoffa przywłaszczył osobiście. W Chicago w czasie procesu związanego z tym ostatnim oskarżeniem jeden z podwładnych Hoffy, Ed Partin, obrócił się przeciwko niemu i złożył zeznanie obciążające Hoffę.

Wówczas Hoffa przedstawił mu alternatywę: albo milion dolarów za odwołanie zeznania, albo śmierć w przypadku odmowy.

W tej sytuacji Partin „poszedł na całość”: oświadczył FBI, że Jimmy Hoffa usiłował spiskować w celu zamordowania prokuratora generalnego, a ponieważ Partin był w przyjaznych stosunkach z pewnymi członkami „rodziny” Carlosa Marcello, Hoffa sugerował mu, aby znalazł kogoś odpowiedniego. Według słów Partina,

Hoffa preferował „samotnego strzelca, wyposażonego w strzelbę z teleskopowym celownikiem”, który zastrzeliłby Kennedy’ego podczas jazdy w otwartym samochodzie.

Detektor prawdy wykazał, że Partin nie kłamie. Ostatecznie, po wielu odwołaniach, Hoffa otrzymał wyrok 25 lat pozbawienia wolności i w marcu 1967 roku znalazł się w więzieniu.

Bezpardonowa walka braci Kennedych przeciw mafiosom przypominała średniowieczną krucjatę i kontrastowała z tymi stosunkami, jakie – według wspomnianych wcześniej poszlak – utrzymywał ze światem przestępczym Joseph Kennedy. John H. Davis spekuluje, że Kennedy ojciec w kontaktach z podziemiem stosował podwójną strategię współpracy i rywalizacji, wywodzącą się z czasów prohibicji i handlu alkoholem. W latach, gdy John Kennedy przybliżał się do prezydentury, Joseph, zdaniem Davisa i niektórych innych autorów, kultywował przyjaźń z Frankiem Sinatrą, pozostającym w bliskich stosunkach z wieloma bossami mafijnymi (choć sam do mafii nie należał) i przyjmował od gangsterów „darowizny” za bliżej niesprecyzowane obietnice pozostawienia mafiosów w przyszłości w spokoju.

Zachowanie Josepha, zarówno jego motywy: strach przed ujawnieniem przez mafię wiadomości, które miała o Kennedych, jak i skutki: wchodzenie w fatalne zależności od organizacji mafijnych musiało wobec tego pozostać w tajemnicy przed Johnem i Robertem. Żaden z braci początkowo nie sprawiał wrażenia, by liczył się z odwetem „syndykatu zbrodni”. Ewentualnie odwrotnie: chcieli właśnie jak najszybciej pozbyć się świadków przeszłości swej rodziny.

Tymczasem coraz głośniejsza stawała się teraźniejszość. Wiemy o tym obecnie sporo dzięki ujawnionym taśmom z nagranymi rozmowami mafiosów. Nawiasem mówiąc, był to zazwyczaj podsłuch nielegalny, zakładany przez FBI na własną rękę, z czego część podsłuchiwanych zdawała sobie sprawę i wysuwała na tej podstawie dodatkowy zarzut przeciw Kennedym. Podstawowe zarzuty były jednak znacznie poważniejsze. Okazało się, że Frank Sinatra nie był zdolny wywrzeć oczekiwanego wpływu na synów Josepha Kennedy’ego; prezydent zrobił mu nawet kilka afrontów, świadczących o lekceważeniu osoby Sinatry. Carlos Marcello, mimo pomocy dobrego przyjaciela Sinatry, Santo Trafficante, nie zdołał przez Sinatrę powstrzymać prokuratora generalnego od deportowania go do Gwatemali. Manipulacje głosami wyborczymi, które na swoim terenie, w Chicago, przeprowadził w 1960 roku Sam Giancana, a które według przeprowadzonych później obliczeń, w istotny sposób zmieniły układ sił w kolegium elektorskim i być może były właśnie tym włoskiem, o który zwyciężył John Kennedy – nie przynosiły spodziewanych profitów.

To była, z punktu widzenia mafii, podwójna gra. A według praw mafii, kara za podwójną grę jest tylko jedna – śmierć.

Wspomniane taśmy dokumentują, że frustracja, nienawiść i zawziętość panująca wśród mafiosów przeciw Robertowi Kennedy’emu i jego bratu, doprowadziły do przekonania, że pozostało im jedyne wyjście. Według konfidenta FBI, który miał okazję rozmawiać z Trafficante, mafijny boss wkrótce po spotkaniu z Marcello we wrześniu 1962 roku oświadczył, że powtórnej elekcji Kennedy’ego nie będzie – prezydent zostanie zabity.

W lecie 1963 roku w Nowym Orleanie, siedzibie „rodziny” Marcello, pojawił się Lee Harvey Oswald. Zamieszkał u swego wuja Charlesa Murreta, pozostającego w bliskich stosunkach z ludźmi Marcello. Możliwe, że organizacja Marcello dowiedziała się o osobie Oswalda. Być może właśnie wówczas został upatrzony na uczestnika spisku na życie prezydenta Stanów Zjednoczonych…

Na początku listopada 1963 roku John F. Kennedy wygłosił zachęcający raport o biegu spraw państwowych w Kongresie i promieniował optymizmem na sześćdziesiątej trzeciej już telewizyjnej konferencji prasowej.

W tym samym czasie operacja AMLASH wstępowała w krytyczną fazę.

Zakamuflowane kręgi w Centralnej Agencji Wywiadowczej, jej byli kierownicy i specjaliści od tajnych operacji, czuli się zdradzeni.

Dyrektor Federalnego Biura Śledczego, spodziewając się dymisji, gromadził materiały kompromitujące prezydenta.

Bossowie zorganizowanej przestępczości poprzysięgli zemstę rodzinie Kennedych.

Zagorzali konserwatyści i skrajne elementy sceny politycznej rozpalały emocje w kraju i czekały na spektakularne wydarzenia.

Przestępczy syndykat dysponował profesjonalnymi wykonawcami zbrodni, dwie potężne instytucje rządowe posiadały wszelkie środki do zatarcia jej śladów, prawica miała nieodparte motywy. Zbliżał się finał.

12 listopada informator policyjny w Miami, William Somersett, doniósł o potajemnym nagraniu trzy dni wcześniej rozmowy z pewnym mężczyzną, który oświadczył, że

„plan zabicia prezydenta jest w toku”.

„Kennedy zostanie zastrzelony – wyjaśnił informator – z dalekonośnej strzelby z biurowca… Złapią kogoś w ciągu paru godzin, tylko dla uspokojenia opinii”. Wobec takiej groźby policja sprzeciwiła się przejazdowi prezydenta 18 listopada przez Miami. Kennedy poleciał nad miastem helikopterem.

W nocy 20 listopada dwudziestojednoletnia prostytutka i narkomanka, znana jako Rose Cheramie, została znaleziona w pobliżu Eunice w Luizjanie przez patrol policyjny. W drodze do stanowego szpitala bełkotała o jakichś „Latins” – Latynosach, zmierzających do Dallas dla zabicia Kennedy’ego i o tym, że w świecie podziemnym mówi się o śmierci prezydenta. W szpitalu oznajmiła lekarzowi, że Kennedy ma być zabity w Dallas, 22 listopada. Uważając to za narkotyczne majaki ani policjant, ani lekarz nie przywiązali żadnej wagi do usłyszanej przepowiedni.

To było ostatnie ostrzeżenie.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: